Wspomnienia z Września




Relacja dowódcy 8 kompanii III baonu:


Na stacji zameldowałem przybycie dowódcy baonu majorowi Sanojcy. Załadowaniem nas do wagonów pokierował już sam major.(…)
Żołnierze pozostający we Lwowie patrzyli z zazdrością i nieukrywanym żalem na ładujących się do wagonów kolegów. Szyny kolejowe miały nas wieść na zachód, ku granicom napastnika. Dowódca baonu, polecając mi dopilnowanie transportu w czasie jazdy, przypomniał, abym unikał zbędnych postojów, gdyż wówczas jakieś inne oddziały na skutek naszego spóźnienia mogłyby się znaleźć przed nami w Berlinie.
Skierowano nas droga okrężną przez Wołyń. Transport we wzorowym porządku, w pełnym pogotowiu OPL, ze śpiewem, skocznymi dźwiękami harmonii i harmonijek ustnych posuwał się na front.(…)
W okolicy Brześcia transport nasz został zauważony przez samoloty nieprzyjacielskie. Maszyny zwiadowcze zakreśliły kulista smugę dymu i odleciały. (…) Znajdowaliśmy się w pobliżu lasu. Dowódca transportu z chwilą osiągnięcia przez pociąg pierwszych drzew dał rozkaz zatrzymania się . Pociąg opuszczony przez nas został zamaskowany gałęziami, a żołnierze zagłębili się w las po obydwu stronach toru. Wkrótce nadleciały samoloty niemieckie, które krążyły przez pewien czas wokół transportu, ale go nie bombardowały.

Znaleźliśmy się ostatecznie w Wesołej, koło Warszawy. Podczas postoju dowództwo pułku otrzymało z Dowództwa Obrony Warszawy rozkaz maszerowania na obronę stolicy. (…) z polecenia dowódcy wyładowuję baon. Nie jest to łatwe, ponieważ brakuje środków pomocniczych do wyładowania, jak szyny, improwizowane rampy itd. A w górze krążą nieprzyjacielskie samoloty. (…). W stosunkowo krótkim czasie kolumna jest gotowa do marszu. Zła piaszczysta droga, w której ciężkie wozy zapadają się po osie, prowadzi do Dworca Wschodniego. (…) Otrzymujemy rozkaz dalszego marszu przez Pragę i most Kierbedzia na Wolę. (…)
Bronić będziemy głównego kierunku przewidywanego uderzenia Niemców od zachodu po osi Łódź – Sochaczew – Warszawa. Granice odcinka: strona lewa – ulica Jana Kazimierza włącznie, prawa – fort Sowińskiego włącznie. Przedni skraj stanowisk – fabryka „Dobrocin” i wały fortu Sowińskiego. Do dyspozycji otrzymuję wsparcie środków ogniowych będących we władaniu dowódcy baonu. 8 kompanię będą wspierały dwie baterie artylerii.
Kompanię poprowadził w rejon fortu wolskiego mój zastępca, podporucznik Grochowalski, mając za zadanie od razu ubezpieczyć się, szczególnie wzdłuż ulicy Wolskiej. (…) Penetracja odcinka wykazała niezbicie, że niełatwo go będzie bronić, przede wszystkim na skutek braku swobodnych pół ostrzału. Linie obrony przebiegały wśród budynków. Lich, jak zawsze na przedmieściu, zabudowania łatwo mogły zostać zwalone i spalone ogniem artylerii i lotnictwa. Brak dogodnych stanowisk do obserwacji, powierzchowne przygotowanie stanowisk, rzadko rozsiane wnęki strzeleckie i umieszczone w oknach domów woreczki z piaskiem nie natchnęły mnie optymizmem.(…)
Odcinek swój znalazłem w stanie groźniejszym, niż sądziłem.(…)
Wał reduty ( fortu Bema –przypis mój) jest dość wysoki, około szczęściu metrów, licząc od dna biegnącego wzdłuż rowu. Blisko zabudowania parterowe, nieduże domki murowane i ogrody. Z tyłu, około dwóch i pół metra za wałem okalającym cmentarz prawosławny, stoi murowany płot, który trzeba będzie przebijać dla uzyskania łączności z wysuniętymi za waly stanowiskami. W prawo od wałów rozpoczyna się już odcinek 7 kompanii III batalionu 40 pułku piechoty podporucznika Edmunda Grabowskiego. Działo ppanc. miało tutaj bardzo szeroką przestrzeń ostrzału.

Po lewej stronie ulicy Wolskiej zasadniczym i najobszerniejszym punktem była wspomniana już fabryka „Dobrocin”. Pomimo worków z piaskiem, umocowanych w oknach, oglądałem bez entuzjazmu słabe ściany nie dające żadnej gwarancji osłony. Stamtąd, od ulicy Jana Kazimierza , rozpoczynał się odcinek 5 kompanii II baonu, dowodzonej przez porucznika Jelenia. Tuż przy ul. Wolskiej znajdowała się fabryka rowerów. Najwięcej troski przysparzały umocnienia ziemne i przeszkody przeciwczołgowe. Na wolskiej, w linii fabryki „Dobrocin”, zastaliśmy już gotową zaporę, zbudowaną z dwóch tramwajów, ułożonych w poprzek ulicy i wypełnionych kamieniami. Po bokach wkopano żelazne bele. Pośrodku barykady, pomiędzy tramwajami, pozostawiono wąski, na szerokość pojedynczego samochodu, przejazd. Saperzy pracowali nad przygotowaniami rowów przeciwczołgowych i zasieków z drutu. W tyle w ulicy Wolskiej, naprzeciw kościołka, gniazda ciężkich karabinów maszynowych i dwa działa ppanc. stanowiły ubezpieczenie barykady. (…) Do godziny 11.00 obsada bojowa odcinka była prowizorycznie zakończona. (…)
Tego dnia zmuszeni byliśmy zdecydować się co do losów przewidywanej przez baon stołeczny jako punkt oporu fabryki „Dobrolin” (…) Dużym zaskoczeniem było dla mnie znalezienie na terenach fabryki, w rejonie zabudowań, znacznej ilości beczek pełnych terpentyny. Natychmiast, bez żadnej zwłoki, postanowiliśmy usunąć z granicy odcinka domów mieszkalnych materiał łatwopalny. Beczki przetaczane były wzdłuż ulicy wolskiej daleko na przedpole, gdzie według naszych przypuszczeń powinny w czasie walki znaleźć się stanowiska nieprzyjaciela. Przykrą niespodzianką była zakomunikowana mi przez jednego z pracowników fabryki wiadomość, ze pod ziemią fabryka mieści potężne zbiorniki terpentyny, która w razie zapalania mogłaby narazić całą przyległą dzielnice na wysadzenie w powietrze. Wobec tego pozostało zabezpieczyć dojścia do zbiorników worami z piaskiem (…) Odtąd podczas nalotów nieprzyjacielskich, dla pewności zmniejszyłem załogę fabryki, pozostawiając jedynie normalna obsadę stanowisk.
Nie zdążyliśmy przerzucić wszystkich beczek na przedpole, gdy nowa fala bombowców wstrząsnęła powietrzem. Bomby gruchnęły w rejon fabryki. Beczki czekające na usunięcie stanęły w płomieniach. (…) Ogień krótkim czasie został opanowany.(…)
8 września już o godzinie 6.00 dowódca pułku wysyła rozpoznanie w kierunku na Raszyn i Ożarów, które wraca nie spotykając nieprzyjaciela. Od świtu odcinek huczy pracą. Żołnierze wgryzają się w ziemię, pogłębiając wnęki i okopy. Trwa ustalanie kierunków ognia, rosną szkice bojowe.(…)
Możliwie jak najszybciej i jak najsprawniej wzmacniamy środki ogniowe zasadzki. Mieliśmy do dyspozycji dwa plutony działek ppanc. , pluton cekaemów, powiększony o karabiny maszynowe zabrane rozbitkom. Zapewniona była pomoc środków ogniowych będących w dyspozycji dowódcy baonu, jak pluton moździerzy, wsparcie artyleryjskie itd. Za barykada umieściliśmy dwa działka ppanc.: jedno przy bramie kościółka, drugie zaś po przeciwnej stronie ulicy, miedzy kamienicą przy ul. Wolskiej 151 a małym piętrowym domkiem nr. 149. Obok dwa cekaemy, jeden na balkonie tegoż domu, na pierwszym piętrze (dziś mieszkanie 27), drugi w okienku strychu domku piętrowego. Trzeci cekaem tuz przy szosie, na wale. Następny w kościółku. Pole widzenia strzelców doskonałe. Reszta działek ppanc. i cekaemów przydzielona została obu plutonom pierwszej linii, którym dla wzmocnienia zbyt jednak rozległej linii działania przydzielam uzbrojonych ochotników. (…)
Przemija z wolna noc. Zbliżał się świt 9 września. Uciekinierzy podają, ze nieprzyjaciel się zbliża. (…) Pogotowie bojowe. Meldunek do dowódcy baonu. Wzmacniam służbę obserwacyjną. (…) Zapowiadam, że otwarcie ognia- tylko na mój rozkaz. Sygnałem będzie głos trąbki, równocześnie wykorzystane zostaną inne środki łączności. (…) zająłem stanowisko z tyłu barykady, na wale przy kościółku. Przy mnie trębacz obserwator. Pod ręka aparat telefoniczny. Ostatnie chwile. Ewakuacja ludności cywilnej z rejonu najbliższego przedpola. Sprawdzenie stanu amunicji. Żołnierz czeka. Pełna gotowość bojowa. O godzinie 10.00 z oddali dobiegają pierwsze strzały. W prażącym słońcu, z boku szosy, zamigotały postacie żołnierzy oddziału podporucznika Adamskiego. Krótka relacja podporucznika Adamskiego: kolumna pancerna zbliża się gnając przed sobą falę uciekinierów. Niemcy strzelają do nich. (…) Z oddali mignęła brunatnozielona plama. Jedna. Druga. Czołgi! (…)

Czoło kolumny wroga pędząc przed sobą gęsty tłum uciekinierów, na naszych oczach otworzyło ogień z karabinów maszynowych. (…) Na ulice padły pierwsze trupy. (…) Ciężkie, dudniące i wyjące czoło jak potworny, stalowy walec dosięga i przetacza się po uciekającym w panice tłumie. Gąsienice i koła wbijają się w ludzi, miażdżą porzucone wozy, taczki, wózki dziecinne, jakieś kosze i walizy. (…) Przerażony koń wyrzuca z wściekłym rżeniem tylne kopyta ku zbliżającej się maszynie. (…) Kolumna pancerna jest coraz bliżej. Bluzgają jeszcze silniejszym ogniem jadące środkiem czołgi i samochody pancerne. (…) Mściwie stwierdzam w duchu, że założenia moje były słuszne. Wróg na niedużym odcinku zgromadził zbyt wielkie siły ogniowe – nie zdoła ich rozwinąć. Zdolne do tego jest tylko czoło kolumny. (…) Zdecydowanie przedłużam czas wydania rozkazu otwarcia ognia. Z jednej strony zwiększaliśmy możliwości ratowania się ludności cywilnej, gdyż trudno było przypuścić, aby nasz skoncentrowany atak ogniowy nie zmiótł później wszystkich doszczętnie, z drugiej zaś wciągaliśmy w zasadzkę coraz większa ilość Niemców. (…) Wśród jęków i krzyków ranionych, zgrzytów i trzasku miażdżonego drzewa – pancerne wozy zachodzą aż na chodniki. (…) Żołnierze piechoty zeskakują z samochodów, biegną za tłumem. (…) Wróg „oczyszcza” przestrzeń przed złamaniem ostatniej przeszkody, jaką według niego będzie piętrząca się czerwonymi cielskami zwalonych tramwajów, wozów i bel barykada. Tłum topnieje. Strugi ognia otwierają nim coraz to nowe luki. Czołgów i samochodów pancernych wciąż przybywa. Zaczynają zwalniać. Rosną w naszych oczach. Widzimy wyraźnie otwory luf. Jeszcze czekamy. (…) Podaję krótkie dyspozycje, natychmiast przekazywać dalej: zmniejszyć celownik 1. (…) Na całej linii nie pada z naszej strony ani jeden strzał. (…) Mieszkańcy domów położonych przy pierwszej linii, przeważnie robotnicy, kierując się pragnieniem uczestniczenia w walce, skrycie podczołgiwali się pomiędzy nasze stanowiska. (…) O usunięciu w tym czasie wścibskich nie było mowy. Zgrozą i , przyznaję, złością przejął mnie obraz, który dostrzegłem, gdy odwróciłem głowę w stronę cmentarza. Jak duże owoce czy wiewiórki kryły się miedzy konarami cmentarnych drzew ciała chłopaków. Dorośli prawdopodobnie liczyli na możliwość zdobycia na wrogu broni. Dzieci chciały… widzieć.(...)
Przed oczyma sprężonych w oczekiwaniu żołnierzy przesuwają się ostatnie obrazy rzezi.(…) Pierwsze czołgi i motocykliści już są w odległości koło stu metrów od naszej linii. Dłużej czekać nie wolno. Ostatni raz patrzę na widoczną jak na defiladzie, dyszącą siłą i pewnością siebie kolumnę najeźdźcy.
- Trębacz ! Sygnał !
Zrobiło się gorąco. Nie przebrzmiały pierwsze takty sygnału, a zdawało się, że piekło runęło na Wolską. Huragan pocisków przygwoździł, przydusił do ziemi pancerna kolumnę. Atak był tak niespodziewany, ze całe czoło kolumny, bite salwami, krajane wszerz i w głąb ognistymi strugami żelaza, zamarło w bezruchu. Dla stanowisk, które nie słyszały rozkazu, sygnałem do otwarcia ognia był odgłos naszych strzałów. (…) Nasi żołnierze strzelali raz po raz. Nie było mowy o jakimś dokładniejszym celowaniu, nie mogło być mowy o wybieraniu celu. Cel był wielki. Zajmował całą szerokość ulicy, sięgał daleko w głąb. I cel miał znaczną szybkość zbliżania się. Trzeba było się spieszyć ! Spieszyć !
Artyleria, działka przeciwpancerne i moździerze gorączkowo wybierały cele, okryte płytami stalowymi. Żołnierz bijący z karabinu maszynowego walił całymi seriami, pocisk za pociskiem przez całą szerokość kolumny, w łab – bo wszędzie trafiał.
Gdzie spojrzałem, na każdym stanowisku, jak gdyby w paroksyzmie, w obłędzie, ręce żołnierskie targały taśmy i wbijały naboje do zamków. Byle prędzej, byle prędzej!

Pluł raz za razem, bez ustanku karabin maszynowy z balkonu przeciwległego domu, śpiewały serie z wieży kościelnej. Grzał ogniem karabinów, karabinów przeciwpancernych i karabinów ręcznych cały wał Swoińskiego, wstrzeliwując się w ciało kolumny.
Artyleria z miejsca przecięła ogniem i możliwość podciągnięcia posiłków, i wycofania się do tyłu ciężkiego sprzętu niemieckiego. Strzeliły płomienie. Już trzy czołgi utknęły w czole kolumny tarasując drogę. Sypnęli się z nich żołnierze niemieccy przemykając pomiędzy wozami, w panice szukając osłony za stalowymi ścianami pod naporem ognia.
Przecięły powietrze pierwsze niemieckie jęki i wołania. (…) Sytuacja się odwróciła. Ale wróg miał wzmocnioną osłonę bojową. Ni e rezygnował z oporu. Nasi żołnierze, którzy widzieli przed chwila masakrę rodaków i czekali na chwilę odwetu, teraz zwijali się , troili. Zapomnieli o ostrożności. Obsługa karabinów maszynowych, na ćwiczeniach nie zawsze zgodna we współdziałaniu, teraz zmieniła się jakby w jeden tętniący przyspieszonym rytmem organizm. Celowniczy działka, by lepiej widzieć, wyprostował się cały. (…)
Niemcy wreszcie ochłonęli z zaskoczenia. Pierwszą ich myślą było sforsowanie barykady Powzięli ten sam zamiar, który ożywiał przed nimi bezradnych, miotających się cywilów. Wozy ruszyły naprzód, plunęły niemieckie pociski. Nie wytrzymał ataku jeden z moich żołnierzy. Wyrwał się ze stanowiska i opuszczając pędem okop zaczął biec w stronę kościółka. Na oczach patrzących na niego ze zdumieniem żołnierzy odłamek pocisku artyleryjskiego, odbity od trafionego kościółka, zatrzymał go w ucieczce.
Napór na linię barykady zrozpaczonej i zdeterminowanej czołówki kolumny wzrastał. Pod osłona i przy wsparciu ognia wozów pancernych rozpoczyna skoki piechota. Biegnąc, kryjąc się za sprzętem wróg wypatruje najgroźniejsze stanowiska Polaków. Strugi ognia i stali lejące się z cekaemu kaprala Cyrana pierwsze wskazały stanowisko. Działa niemieckie biją w drugie piętro domu nr. 151. Ogień jest celny. W obłoku kurzu z rozbitego muru zieje ogromna wyrwa grozi runięciem balkonu z cekaemem i jego obsługa. Kapral Cyran nie daje za wygraną. Skacze wprzód i odsunąwszy celowniczego ujmuje cekaem w ręce. Struga kul siecze czoło kolumny.
Obsługa działka stojącego pod parterowym domkiem za barykadą przezywała również ciężkie chwile. Działonowym był podchorąży Makuś, celowniczym st. Strzelec Franciszek Głuszek. Oto jego własne słowa o pamiętnym natarciu:
„ Czekaliśmy na odgłos trąbki i wystrzał czerwonej rakiety, by otworzyć ogień. Cały czas leżałem na działku trzymając w lewej ręce uchwyt kierunkowy, a w prawej uchwyt podniesieniowy i spustowy. Padł rozkaz rozpoczęcia ognia. Po kilku naszych strzałach czołgi niemieckie zaczęły się palić. Jeden usiłował ukryć się za barykadą, a zauważywszy moje działo i karabin maszynowy na drugim piętrze – otworzył do nas ogień. Pierwsza salwa trafiła w karabin maszynowy i uszkodziła go, raniąc kilku żołnierzy. Druga była skierowana wprost na nas. Pocisk uderzył w mur, z którego posypały się gruzy. Jeden z odłamków ugodził mnie w prawe oko. Po przekazaniu mi przez celowniczego wiadomości, ze czołg bije spoza barykady, skierowałem tam lufę działka przeciwpancernego. Po kilku strzałach czołg umilkł i zaczął płonąć. Inny odłamek trafił mnie w prawe ucho. Ze stanowiska nie zszedłem…”
Niespodziewanie zapalają się wytoczone przez nas na przed pole beczki z terpentyną. Strzelają płomienie w czołgach i samochodach pancernych. Rzadkie początkowo płomienie zaczynają się łączyć w jęzory ognia, piąć się wszerz i wzwyż, aż całe skupisko unieruchomionych pancernych wozów zalewa czerwona lawina. Płomienie huczą. Widzimy jak pożoga ogarniani są zabici i ranni. Niemcy Ne mają czasu wyskoczyć z otwieranych w panice włazów, w pół skoku dosięga ich ogień. Coraz głośniejsze i rozpaczliwsze są wołania o pomoc. Płomienie nie mają litości. Sieką też bez przerwy polskie kule.

Rosnący żar płomieni i siła wybuchów artyleryjskich wyrzuca w górę beczki z terpentyną, które zwalając się na ziemię strzelają słupami nowych ogni. Już od rozlewającego się morza terpentyny zajęły się wozy amunicyjne wroga. Huk wylatujących w powietrze samochodów zagłusza nasz ogień. To tu, to tam jęczy ziemia od rwących ku niebu fajerwerków.
Wróg zaprzestał natarcia. Przerażony, ogłuszony, szukał już tylko ocalenia. Nacierający byli już złamani. Załogi brunatnozielonych wozów i biegających obok nich skulonych ludzi ogarnął zwierzęcy strach. (…) Rozbitym czołem kolumny rządził jeden rozkaz: ratować własne życie.
Już i część domów staje w ogniu. Widzimy, jak przez okna, rozbijając łokciami i całym ciałem oporne futryny, opuszczają żołnierze niemieccy chwilową osłonę murów, uciekając przed płomieniami. Kule wyborowych strzelców kładą ich u progu. Artyleria nasza, stawiając zaporę ogniową, dla uniemożliwienia ucieczki na tyły kolumny, zrobiła to tak dokładnie, ze napływające bez przerwy od strony kościółka mariawickiego pojazdy, których załogi nie wiedziały o pogromie, a pragnęły wziąć udział w walce, wtaczały się jakby w przepaść. Wąwóz śmierci wciąga coraz to nowe maszyny. Rozszerza się obszar zasłany zgruchotanymi wozami pancernymi.
Nad dudniącym strzałami odcinkiem, zza czerwonych Dymow spowijających nas piekielnym kłębem, tuz nad dachami słychać samoloty wroga. Zniżają się, wypatrują, ale Ne mogą określić położenia polskich gniazd ogniowych, wiec odlatują. Za nimi następne z tym samym wynikiem.
Kilka celnych pocisków uderza w wieżę kościółka, z której grzmoci nasz cekaem. W obawie przed zniszczeniem przez wroga zabytkowej świątyni decyduję się ściągnąć cekaem ze stanowiska. Przebiegając obok murów dygocącego od strzałów kościoła omal nie zostaje trafiony spadająca z góry potężna kulą, nie jest to jednak pocisk niemiecki. To pamiątkowe, wmurowane w ścianę kule szwedzkie od wstrząsów spadają w dół. Amunicyjni bez przerwy donoszą amunicję. Żołnierze już nie wołają o dostarczenie pocisków, tylko niecierpliwymi gestami przynaglają obsługę, sami wpatrzeni w pole ostrzału. Niemcy pozbawieni punktów obserwacyjnych i warunków do skutecznego prowadzenia ognia, choć strzelają mocno i gęsto, to jednak niecelnie. Stłoczeni pomiędzy domami, gonieni seriami pocisków, miotają się pośród potężnych cielsk pancernych, przypominających spłoszone i przerażone zwierzęta, a nie doskonale wyszkolonych żołnierzy. Z tyłu ciągle próbują wesprzeć natarcie nadjeżdżające czołgi. Nie znają jeszcze siły i celności ognia naszych doskonałych artylerzystów, walą drogą przedzierając się przez rozbity własny sprzęt, miażdżąc swoich rannych i zabitych żołnierzy, aby utknąć ugodzone pociskiem czy w panice ruszyć biegiem wstecznym uderzając o nadjeżdżające z tyły maszyny. Natarcie niemieckie załamuje się ostatecznie. (…)
Nadszedł moment kulminacyjny. Mieliśmy oto możliwość całkowitego zniszczenia Niemców. Ogień nieprzyjaciół ukrytych gdzieś w załomach murów, wnękach, bramach, opanowanych przez nich domów czyni wiele zamieszania, choć w rzeczywistości mało szkody. Żołnierze ochłonęli z pierwszej zaciętości i furii. Celowali z karabinów uważnie, wprost w ukrywających się i czających wrogów. Twarze oblekł spokój, świadomość własnej odpowiedzialności i stwierdzonej siły Teraz już strzelał żołnierz zwycięski.
Coraz częściej kule polskie przecinały ucieczkę wroga w połowie wykonywanego skoku. W dobre ręce trafiła polska broń. Zdecydowałem się. Padł rozkaz: - Do szturmu ! Bagnet na broń!
Rozkaz przetoczył się wzdłuż linii. Piechota przygotowuje się do skoku, nakładając bagnety. Podrywa się z okopów.
- Hura! Hura! Hura!

Jednocześnie zagrzechotały wszystkie karabiny maszynowe, osłaniające atak piechoty. Żołnierze z lśniącymi ostrzami bagnetów rwali naprzód. W krzyku wyzwoliło się całe długie, prawie bolesne napięcie. Głosy nacierających wzbiły się ponad grzmot broni. Biegną z karabinem w ręku zorientowałem się , ze ciągle krzyczę, krzyczę.
Żołnierze rwali naprzód. Wąskie przejścia pomiędzy domami pod ostrzałem nieprzyjaciela przesadzali kilku potężnymi susami. Zapomnieli o zasadzie posuwania się skokami dla utrudnienia strzału. Rządził rozkaz: prędzej, prędzej ! Wdzierają się wszędzie przez sienie, drzwi, okna na partery opanowanych przez Niemców domów. Już kolby łomocą o szyby, rozwalają oporne futryny. Gołe pieści szarpią jak cęgi drzewo !
Rozlegają się krzyki. Niemcy ukryci pojedynczo w piwnicach, ogródkach, w przejściach pomiędzy murami, zaskoczeni przez nadbiegających zewsząd polskich żołnierzy, wznoszą ręce do góry, odrzucając na bok broń. Ale ci, którzy ukrywali się całymi grupami, nie poddawali się. Zawrzały krótkie, gwałtowne starcia. Napastników stawiających opór likwidowano bez pardonu.
Do ataku poszli wszyscy. Krzyk poderwał i tych, któryż początkowo nie myśleli o uczestniczeniu w szturmie. Biegli oficerowie, pomieszani z żołnierzami, jednakowo krzycząc i dygocąc pragnieniem starcia się z wrogiem.
Porucznik Leszek Szopski, dowódca plutonu przydzielonych działek, wykrzyknął tylko w ostatniej chwili nazwisko swojego zastępcy i pognał na łeb na szyję za wyprzedzającymi go żołnierzami. Za Szkopskim porwała się z miejsca część obsługi. Wszyscy biegli, coraz to nabierając większego rozpędu. Nikt z góry nie wyznaczał żołnierzom poszczególnych celów do natarcia. Biegnąć dostrzegłem kątem oka, jak poplątana, bezładna gromada zaczyna bez rozkazów dzielić się na proporcjonalne człony i uderzać grupkami na budynki (zakryty zabudowaniami teren utrudniał normalne dowodzenie).
Który to raz w ciągu tak krótkiego czasu ogarnęła mnie duma ! Ostatnie susy. Naprzeciw ujrzeliśmy okna, drzwi, gdzieś w załomie mignął mundur koloru „feldgrau”…
Gdy łupnąwszy kolba w drzwi wpadłem do parterowego mieszkania, zastałem je tak nienaruszone i w takim porządku, jak gdyby gospodarze oczekiwali mojej wizyty. Stół pięknie zasłany, dywany, głębokie fotele, skaczący na drążku kanarek. Kontrast z tym, co przeżyłem przed chwila, był tak ogromny, ze przystanąłem oniemiały. (…)
W natarciu na dom towarzyszyła mi grupka żołnierzy. Przebiegliśmy przez inne pokoje, korytarze. Wypadliśmy na podwórze. Naprzeciw nas znieruchomiali z przerażenia Niemcy. Przez chwile zastygliśmy w bezruchu i milczeniu. Po raz pierwszy w tej wojnie stanęliśmy zaledwie o metry twarzą w twarz z Niemcami. Zapamiętałem opasłą, nagle zbielałą gębę hitlerowskiego oficera i jego oczy. Przywołał mnie do rzeczywistości ruch ręki któregoś z wrogów, usiłującego podnieść karabin. Padł rozkaz:
- Na …bagnety!
Nieruchome dotąd ciała mężczyzn porwał wir walki. Rozległ się szczęk stali o stal, sapania, charkoty, a po chwili wrzask Niemców. Starcie było straszne i krótkie. Hitlerowscy nie wytrzymali ataku. Bez osłony płyt stalowych, pancernych ścian wozów, bez zaporowego ognia kruszyli się pod bezpośrednim natarciem naszego żołnierza. Piekło palące się w oczach Polaków, świadomość, ze chcemy pomścić rzeź bezbronnej ludności spowodowały, że prawie nikt z zaskoczonych przez nas wrogów nie poddał się.
Każdy dom, każdy dziedziniec, a często nawet załom był odrębnym polem starcia. Nigdzie nasz żołnierz nie cofnął się ani nie prosił o litość.
Grupa kaprala Cyrana, dowódcy cekaemu, „ nadziała się „ na ogień z zabarykadowanego domu. Na wezwanie do poddania się padały w odpowiedzi strzały. Runął z przestrzeloną szyją celowniczy. Kapral Cyran na widok zabitego towarzysza i kolegi wpadł w furię, porwał karabin i sam zaczął ostrzeliwać bez pamięci seriami okna i poddasze domu. Jeden z amunicyjnych rzucił się po siekierę. Runęły wyrąbane drzwi. U wejścia koło klatki schodowej powitał atakujących karabin maszynowy. W odpowiedzi wiązki granatów padły do piwnic. Po chwili buchnęły kłęby dymu. W piwnicy były jakieś materiały palne. Cały dom stanął w płomieniach, od piwnic do strychu.
Wkrótce niektórzy żołnierze kompanii zaczęli ściągać w moje pobliże, by podczas walki chronić dowódcę od jakichś niespodzianek. Widziałem, ze akcja oczyszczania przedpola przebiega sprawnie i że poszczególni dowódcy, pomimo błyskawiczności działania i furii wyzwalającej się w każdym natarciu, zupełnie panują nad żołnierzem. Nieprzyjaciel choć zdemoralizowany i chwilowo rozbity, dysponował tak ogromną siłą ogniową, ze w każdej chwili spodziewać się można było jeszcze odwetu. Liczna grupa stanowiłaby wtedy znacznie łatwiejszy cel. Opanowuje podniecenie i zawracam na swoje stanowisko. Musze dowodzić całością i nie powinienem się wdawać w walki fragmentaryczne. Przyznaje, że atak ramie w ramie z moimi żołnierzami porwał mnie tak bardzo, że przywołałem się do rozsądku prawie siłą. Świadomość, ze jestem zastępca dowódcy batalionu, i nagle powstały niepokój, czy wróg.
Nie spróbuje natarcia z innego kierunku, przyspieszyły powrót.
Wydawało mi się to tym konieczniejsze, że stanowiska były obsadzone niewielką ilością żołnierzy. Nawet obsługa działek i cekaemów poderwana okrzykiem „hura” nie wytrzymała nerwowo i pognała z kompania do walki wręcz. Cekaemy z rzadka prowadzą ogień. Ostrzał idzie wzdłuż ulicy Wolskiej, która stosunkowo najsilniej jest atakowana przez Niemców. Nacierający żołnierze nasi w mig zorientowali się jak niebezpieczny jest przeskok przez kilkudziesięciometrową szerokość ulicy. Dopadają ukrywającego się wroga, okrążają ulicę, biegnąc od domu do domu.
Spokojny o los walczącej kompanii, nawiązuję łączność i składam meldunek dowódcy baonu. Otrzymuje od niego dalsze rozkazy i bardzo cenne informacje o przebiegu walk i położeniu na odcinkach sąsiadów i na froncie całego batalionu. Sytuacja jest dobra. Żołnierz wszędzie walczy doskonale. Ogarnia mnie wewnętrzna radość i chęć dokonania jakiegoś czynu. Spoglądam z okopu na przedpole. Na jednym z najbliższych czołgów, unieruchomionym przez nasz ogień, powiewa wśród podmuchów żaru i dymu swastyka hitlerowska. Zanim zdążyłem pomyśleć, wskazując ręką na czołg najbliższym żołnierzom rzuciłem:
- Kto na ochotnika przyniesie chorągiew ?!
Z moimi słowami wzmógł się ogień nieprzyjaciela. Patrzyłem wyczekująco w twarze żołnierzy. Widziałem zaskoczenie, niepewność.
Zrobiło mi się nie wyraźnie. Palnąłem głupstwo… z oczu żołnierzy, unikających mnie, widziałem, że ochotników nie będzie. Ryzyko zbyt wielkie. Cel – brawura…
Należało za błąd zapłacić. Nakazuję przerwanie ognia w najbliższym rejonie. Zanim żołnierze domyślili się co zamierzam, jednym zamachem wyrywam się z okopu w górę. Kątem oka widzę pędzącego obok mnie mojego gońca i jakiegoś młodego kaprala. Zgięty, klucząc na boki, wielkimi szusami przebiegam szosę. Pędzę wzdłuż płotu fabryki „Dobrolin". Co parę metrów przeskakuję skręcone i popalone ciała zabitych. Przede mną ulica. Biegnę jak sprinter, nie oglądając się już na towarzyszy wypadu. Prawie potykam się o ciało zabitego podoficera niemieckiego, obejmującego szeroko rozkrzyżowanymi ramionami spękana od ognia ziemię.
Przede mną wysoka masa czołgu. Parę chwytów, rzut ciała do góry i już drzewce pęka w moim ręku. Zasyczała jadowicie jakaś seria. Ze ściśniętą w garści tkaniną z godłem hitlerowskim pędziłem już z powrotem.
Ku mojemu zdziwieniu na miejscu zastałem wizytującego odcinek dowódcę baonu. Pomimo witających mnie radośnie oczu żołnierzy poczułem lekki niepokój. Wzrósł on znacznie gdy spojrzałem na marsa twarzy dowódcy. Zabrzmiały mi w myśli i pamięci „przykazania” dowódcy pułku , pułkownika Kalandyka, i dowódcy baonu: „Nie wolno ludzi narażać niepotrzebnie”.
Przeczucie mnie nie zawiodło. I nos mi się wyciągnął gdy major, nie zwracając uwagi na entuzjazm żołnierzy, „objechał mnie od góry do dołu”:
- Panu, jako mojemu zastępcy i dowódcy odcinka, nie wolno niepotrzebnie narażać się. Na przyszłość kategorycznie zabraniam Panu podobnych wyczynów !
Smętnie uznawałem słuszność argumentacji, chowając wstydliwie za sobą swastykę, gdy major ująwszy mnie pod ramię, odszedł na stronę i nachyliwszy się, skończył: - To, wie Pan, było służbowo.
„Prywatnie” okazało się, że wiedział o naszym całkowitym powodzeniu i o tym, ze kompania dobiła resztki nieprzyjaciela na przedpolu.
Po poprzednim łajaniu, podziękowanie dowódcy i jego uścisk bardzo podniosły mnie na duchu. Czekało nas jeszcze wiele dni ciężkich walk.(…)
Gdy hitlerowcom nie udało się zdobyć Warszawy wstępnym bojem, przystąpili do regularnego oblężenia. 14 września miasto zostało otoczone i odcięte od reszty kraju. Walka ogniowa i ustawicznie ponawiane ataki nie przynosiły napastnikowi większych sukcesów. (…) Dla miasta obracanego w gruzy przez naloty hitlerowskiej Luftwaffe, pozbawionego wody, światła, dowozu żywności i amunicji, nadeszło to co nadejść musiało: kapitulacja. (…) 27 września obrońcy odcinka wolskiego zebrali się na wyznaczonym placu, po czym skierowali się na ulicę Górczewską; naprzeciw nim wyszli Niemcy.


Źródło:
- Kuźmirski-Pacak Z., Reduta 56, Warszawa 1966





Relacja podoficera 4 kompanii II baonu 40 pp kpr. pdchor. Stanisława Adamskiego (awansowany do stopnia kpt.):



(…)W jesieni 1938 roku jako ochotnik rozpocząłem służbę wojskową na dywizyjnym kursie podchorążych przy 19 pp we Lwowie. Wybuch wojny zastał mnie w stopniu kpr. podchorążego z przydziałem do 4 kompanii II baonu 40 pp im. "Dzieci Lwowskich". Jako dowódca drużyny strzeleckiej wyjechałem ze Lwowa 4 września 1939 r. na Zachód w ramach 5 DP do miejsca jej koncentracji. Pierwszy chrzest bojowy przeżyliśmy bombardowani przez zmasowany nalot lotnictwa niemieckiego 6 września w Białej Podlaskiej.

Do Warszawy dotarliśmy ósmego przed świtem, po całonocnym marszu z czasowego miejsca postoju w folwarku Dotryma. Do godziny 8-mej mieliśmy zluzować obsadę przyszłych stanowisk, w tym mojej drużyny przy końcu ul. Opaczewskiej od przecznicy ul. Białobrzeskiej do ul. Dobosza. Stanowisko zajmowaliśmy pod stałą groźbą nalotów, przy sporadycznym ogniu artylerii niemieckiej, a nawet rekonesansie czołgów niemieckich, które dotarły aż do placu Narutowicza, z którymi zetknęliśmy się na ul. Szczęśliwickiej, gdyśmy w marszu ubezpieczonym kierowali się na wyznaczone odcinki obronne. Będąc w pierwszej linii mieliśmy za sąsiadów z prawej II pluton kompanii, pod dowództwem sierżanta podchorążego Stanisława Karałowa, z lewej na drugim rogu ul. Białobrzeskiej i Opaczewskiej stanowiska kompanii CKM, którą dowodził pr. Adam Ralski, oraz II baon 41 pp. Zgodnie z rozkazem rozpoczęliśmy budowę rowów strzeleckich o pełnym profilu i rowów łącznikowych do stojącego w głębi budynku sierocińca, gdzie rozmieszczono punkt opatrunkowy, obsługiwany przez kilka sióstr zakonnych, później zamieniały je przeszkolone w służbie sanitarnej harcerki, imię starszej z nich zapamiętałem dobrze, była nią niejaka Paulina, nazwiska nie pamiętam, mieszkała w rejonie śródmieścia.

Kompania wystawiła czujkę podoficerską "Zajezdnię" po południowej stronic zajezdni tramwajowej, drugą "Nasyp" obok nasypu fortu Szczęśliwickiego w odległości około 300 metrów od przedniej linii stanowisk i około 500 metrów od stanowisk nieprzyjaciela znajdujących się w forcie. Wieczorem odparliśmy pierwszy atak czołgów i aut pancernych nieprzyjaciela, który zostawił na przedpolu naszego plutonu 4 czołgi uszkodzone naszą artylerią przeciwpancerną. Żołnierze mojej drużyny po ustaniu walki, natychmiast spenetrowali najbliżej stojący czołg, w którym znaleźli mnóstwo butelek z doskonałą śliwowicą Makowskiego z Kruszwicy, czekoladę, szynkę konserwową polską, wszystko to widać zrabowane na trasie przemarszu w drodze do Warszawy. W nocy Niemcy zdołali ściągnąć z przedpola uszkodzone czołgi. Nocą patrolowaliśmy przedpole, gdzie dla siebie również teren rozpoznawały patrole niemiecki.

Wczesnym rankiem 9 września lotnictwo niemieckie bombardowało Warszawę, a nas dodatkowo ostrzeliwała artyleria z rejonu Okęcia poprzedzając natarcie, które ruszyło o godzinie siódmej. Piechotę niemiecką na transporterach poprzedzały czołgi, wozy pancerne uzbrojone w artylerię lekką i działka przeciwpancerne, a przed nimi pędzono cywili rozebranych do pasa. Pod nacierającym natarciem wycofała się nasza "Zajezdnia" i wtedy z naszych pozycji działka przeciwpancerne otworzyły ogień. Lewoskrzydłowa 6 komp. 41 pp nie wytrzymała natarcia, sąsiedzi zaczęli się wycofywać w rejon placu Narutowicza odsłaniając lewe skrzydło naszej kompanii. Sytuacja stała się groźna, gdy natarcie niemieckie skierowało się również na przeszło 800 metrową lukę między naszą 5 kompanię 40 pp i czołgi zaatakowały naszą kompanię od tyłu. Na szczęście ogień 6 ppanc. kompanii, będącej w odwodzie uszkadza 2 czołgi, których załoga salwowała się ucieczką w kierunku ul. Bema, gdzie z nimi rozprawił się I pluton 6 komp. 40 pp. Po przeszło czterogodzinnej walce, nasilenie ataku osłabło. Po południu Niemcy wycofali się na stanowiska wyjściowe, tracąc tylko na odcinku naszego II baonu, 13 czołgów, 15 uszkodzonych 20 transporterów piechoty, 75 zabitych, około 300 rannych, z których większość dostała się do niewoli. Od ostatniego posiłku 7 września dopiero 9-go pod wieczór pomimo silnego obstrzału artyleryjskiego, udało się dostarczyć żołnierzom na pierwszej linii obiad. Wieczorem z uszkodzonych czołgów wymontowano działka ppanc, cekaemy, wyniesiono liczne skrzynki z amunicją, które nam potem służyły. Działka ppanc i cekaemy zostały wykorzystane nieraz w dość przemyślny sposób. W nocy z 9-tego na 10-ty patrolowaliśmy przedpole, czym sprowokowaliśmy atak piechoty niemieckiej wspartej ogniem artylerii i cekaemów, który jednak szybko się załamał. Niemcy ponownie przypuścili atak piechoty niemieckiej wsparty 4-ma czołgami na stanowiska kompanii, a szczególnie naszego plutonu, jednak nie zdobyli naszych stanowisk, mimo iż dotarli na odległość około 100 metrów. Strzelanina trwała aż do świtu, dopiero wtedy Niemcy wycofali się w rejon fortu Szczęśliwickiego. Nie ustawały też ataki piechoty i czołgów mniejszymi jednostkami, skutecznie odpierane przez nasze oddziały, które przez cały czas umacniały przedpole z przeszkód, które uniemożliwiały na przykład prowadzenie pożytecznego skutecznego ognia.

Przez cały długi okres trwania na stanowiskach w pierwszej linii obrony to jest od ósmego do dwudziestego szóstego września rzadko kiedy udawało mi się odpocząć, usnąć. Mimo, że po pewnym czasie zaczęliśmy stosować jedynie zostawianie na linii obsługę rkm i ckm, gdy reszta drużyny odpoczywała, był to odpoczynek czujny, wiadomo, że o piechocie mówi się "zające", bo w walce piechota jest jak zające czujna.

Przy szczególnym zwracaniu przez obserwatorów uwagi na przedpole, dały nam się również we znaki nękające nas strzały strzelców wyborowych z tyłu, wywodzących się z V kolumny, ostrzeliwujących z powodzeniem wysyłanych z pierwszej linii do dowództwa kompanii gońców, lub też dostarczycieli posiłków, amunicji i zaopatrzenia. Prócz nich likwidowaliśmy ukrywających się w zabudowaniach ulic dywersantów, przekazujących świetlnymi sygnałami informacje, dla stale patrolujących pole walki samolotów.

Przez cały ten czas prowadziliśmy służbę patrolową, obserwowaliśmy działania wroga, skrzętnie meldując zaobserwowane zmiany. Gdzieś od 20 września zauważyłem, że Niemcy zagęścili swoje gniazda oporu, wysunęli na przedpole silnie uzbrojone placówki, które skutecznie utrudniały pracę naszych patroli. Z naszej strony wzmocniono zwykłe czujki podoficerskie cekaemami, granatami, rakietami. W dzień poza linię czujek, nie wolno było poruszać się, czasami wpadano w zasadzkę i trudno, niejednokrotnie ze stratami, udawało się nasze patrole ocalić. Sytuacja, tak ludności cywilnej, jak i z czasem wojska stopniowo się pogarszała, brakło wody, światła elektrycznego, żywności. Głównym pożywieniem była konina, bo też koni rannych padało mnóstwo. W mojej drużynie głód mobilizował co sprytniejszych żołnierzy do smażenia w glinie ptactwa, gołębi, wron. Na czujce podoficerskiej "Ogrody" mieszczącej się na terenie ogródków działkowych, zbieraliśmy pomidory, kapustę i inne warzywa, które uzupełniały zupy gotowane z torebek i kostek maggi, z zapasów kuchni sierocińca. Żołnierze spożywali nawet kisiel w proszku, na surowo, gdy już zabrakło wody wodociągowej, a daleko w tyłach znajdująca się studnia, stale była oblężona przez ludność cywilną - cel ataków lotnika, który ostrzeliwał ja z broni pokładowej. W tym okresie lotnictwo niemieckie systematycznie obrzucało Warszawę bombami zapalającymi, więc jeszcze i ta plaga - pożary dawały o sobie znać. W pamięci na długo utrwalił się mi zapach wojny - pogorzelisk i charakterystyczny odgłos, gdy żołnierskimi, podkutymi gwoździami butami, rozgniatało się szkło z wybitych szyb.

Do moich osobistych osiągnięć, zasługujących na wzmiankę, należy szczęśliwy wypad z czujką "Ogrody" na niemiecki samochód ciężarowy, który zapuścił się w ogródki działkowe. Gdy podpuściliśmy ich na bliską odległość z rkm-u przestrzeliliśmy im opony i uszkodzili motor. Załoga samochodu mimo to nie chciała go opuścić, a ja nie mogłem dłużej trwać w oczekiwaniu na odwetowy ostrzał z fortu szczęśliwickiego, wrzuciłem do krytej brezentem paki samochodu granat, który już ranną załogę, zmusił do opuszczenia samochodu. Lżej rannych dwu jeńców doprowadziłem (czołgaliśmy się około 300 metrów) do stanowisk obronnych, gdzie na mój powrót z jeńcami czekał już płk Kalandyk d-ca pułku, major Kasjan d-ca 11 baonu i d-ca kompanii. Po zdaniu raportu wyżej wymienieni podziękowali mi i d-ca pułku polecił d-cy kompanii przedstawić mię do odznaczenia i awansu. Dowiedziałem się o tym już później, grubo po wojnie, ale nigdy nie otrzymałem żadnego odznaczenia. Natomiast w książce o czterdziestym pp im. "Dzieci Lwowskich" w obronie Warszawy, autorstwa mego d-cy kompanii Jana Grzybowskiego, jestem wymieniony jako awansowany na polu walki.

Ten mój wypad miał miejsce 22 września, zaś 24 z okien naszego sierocińca dostrzegliśmy zajeżdżające na stanowiska ogniowe w Kolonii niemieckie samochody osobowe z wyższymi oficerami, którzy przez lornetki obserwowali przedpole. Na strych sąsiedniego wysokiego, dziewięciopiętrowego, z prawej strony od nas budynku, już na stanowiskach dowodzonych przez sierżanta podchorążego Koralowa wciągnięto 2 ckm-y, które skutecznym ogniem wywołały wśród Niemców nie tylko popłoch, ale i prawdziwą jatkę, o której sądzić można było według liczby wynoszonych na noszach rannych. Niemcy po jakimś czasie odpłacili się nam huraganowym ogniem artyleryjskim, który niszczył dosłownie piętro po piętrze tego wysokiego budynku, a i nasz sierociniec też ucierpiał. Byłem jedynie kontuzjowany, inny ciężko ranny żołnierz zmarł.

25 września miał miejsce nieudany wypad 1 i 11 baonu 56 pp na fort szczęśliwicki, który miał wzmocnić pozycje obronne na Ochocie, a został dokonany w czasie, gdy Niemcy przygotowali się do generalnego szturmu na pozycje obronne Warszawy.

26 września o godzinie 8 rano po kilkugodzinnym zmasowanym ostrzale artyleryjskim Niemcy ruszyli do generalnego natarcia na nasze linie obronne. Artyleria niemiecka obróciła w perzynę stanowiska 4 kompanii, która straciła 40% stanu, a piechota niemiecka na wykurzenie załogi 4 kompanii z okopów zaczęła używać miotaczy ognia. W ostatnim momencie, gdy kompanii groziło okrążenie, przyszedł rozkaz, ckm-y i działka ppanc, 1 i 11 i jako 111 pluton strzelecki - opóźniający działania nieprzyjaciela, walką wręcz. Zaledwie część żołnierzy 111 plutonu zdołała się wycofać. Duża grupa broniła się w budynkach na Opaczewskiej do wieczora i dopiero pod osłoną nocy wycofała się na ul. Częstochowską. Z zebranych resztek plutonu zorganizowałem drużynę, i na rozkaz d-cy baonu, ruszyliśmy do ochrony piekarni przy ul. Prądzyńskiego, do której dotarłem pod wieczór. W piekarni zastaliśmy zaczyn na chleb w dużych metalowych dzieżach, na który wygłodniały żołnierz rzucił się jak na najlepszy specjał. Sam tego specjału nie kosztowałem, gdyż wycofując się ze stanowisk na Opaczewskiej dotarłem do miejsca postoju baonu na Sękocińskiej, gdzie znajomi kpt Neugebauer, por. Ralski, ppor. Biederman likwidowali stanowiska d-twa baonu przed przeniesieniem się na ul. Dworską i przy sposobności otworzono dużą, chyba 5 kg. puszkę z konserwowaną szynką, którą i ja się do syta ugościłem. Mimo od dłuższego czasu pustych żołądków nikt z żołnierzy nie zachorował po tym niepieczonym chlebie, a ja po szynce.

Na tym stanowisku doczekaliśmy się zawieszenia działań wojennych. 27 września o godz. 13 został oddany rozkaz zawieszenia broni, równocześnie przegrupowania wojsk. Dopiero 29 przeszliśmy do rejonu zakwaterowania w szpitalu żydowskim, a poprzedniego dnia, chyba od por. Ralskiego dowiedziałem się o tajemniczym samolocie, którym przywieziono rozkaz naczelnego wodza o zorganizowaniu armii podziemnej, pod nazwą "Służba Zwycięstwa Polski", na d-cę której gen Rommel naznaczył gen. Tokarzewskiego-Karaszewicza. Po jakiejś wspólnej naradzie postanowiliśmy przebrać się w cywilne ubrania i zaciągnąć się do SZP, zamiast pójść do niewoli. Okazało się, że ubrań cywilnych może nam dostarczyć nasza starsza sanitariuszka p. Paulina, co przyjęliśmy z wielką wdzięcznością. Pozostało jednak o swej decyzji zameldować d-cy komp. I baonu, który niestety sprawę postawił dość kategorycznie, że nikt nas nie zwalniał z obowiązku służby wojskowej, trzeba wraz ze swoimi żołnierzami udać się do niewoli, co, również potwierdził d-ca pułku w swoim pożegnalnym rozkazie. Wróciłem jeszcze do miasta w poszukiwaniu najstarszego brata, okazało się jednak, że został wraz z Komisariatem Rządu ewakuowany do Równego, a mieszkanie jego, z którego miałem zamiar korzystać, pozostawiono pod opieką dozorcy. Nie mogłem swemu d-cy kompanii wyjaśnić przyczyny chęci opuszczenia oddziału, gdyż sam nie miałem jeszcze żadnego kontaktu, choć znajomy ze Lwowa ppor. Marian Rojek, oficer informacyjny, popierał moją decyzję i twierdził, że teraz sam za siebie odpowiada, do niewoli nie pójdzie, a kontakt na SZP znajdzie przez znajomych 11 oddziału.

Grupa jeńców, w której i ja się znalazłem 1 października wyruszyła z ul. Puławskiej otoczona konwojem żołnierzy z psami do Piasecznej. Tu przeprowadzono rewizję, po której pozostawiono nam jedynie bieliznę, mundur i buty, tu też oddzielono oficerów od grupy i skierowano ich do Góry Kalwarii, a żołnierzy i podoficerów skierowano do pobliskiej wsi Bzumin, gdzie ustawiono kolumnę w wielki czworobok, na podmokłej łące, otoczono prowizorycznym ogrodzeniem z drutu kolczastego, oświetlonego z czterech stron silnymi reflektorami, przy których ustawiono cekaemy.

Na stosunkowo niewielkim obszarze zgromadzono taką masę ludzi, że ledwie starczyło miejsca, by jak śledzie w beczce, jeden obok drugiego mogliśmy leżeć. Miało to i tę dobrą stronę, że mogliśmy się nawzajem ogrzać, gdyż odebrano nam płaszcze i koce, a pogoda się zepsuła i od pierwszego dnia pobytu, przez dwa tygodnie nękały nas nieustające deszcze. Na ośmiu jeńców wydawano bochenek chleba i chochlę gorącej kawy, względnie wody z kapusty. Niestety już po paru dniach wskutek dokarmiania się surową brukwią, większość zachorowała na czerwonkę. Z głodu, zimna, ludzie umierali jak muchy. Ja również zachorowałem, gdyż nie chciałem pchać się po wydawany chleb i wodę, by nie sprawiać radości Niemcom, którzy takie sceny filmowali. W obozie ujawniły się charaktery, dochodziło do zabójstw z błahych powodów, wyszukiwano wśród żołnierzy i oficerów Żydów, w czym szczególnie celowali Białorusini i Ukraińcy.

Na moje szczęście spotkałem w obozie grono starszych podoficerów z kompanii łączności, wśród nich swego brata Zygmunta, którzy mieli jakieś zapasy żywności, namiot i chyba lekarstwa, a więc po jakimś czasie, czerwonka mię opuściła i zacząłem powracać do sił. A były one potrzebne, gdyż przy końcu października przetransportowano nas do Lublina i zakwaterowano w hangarach na lotnisku, wprawdzie na betonie, ale już pod dachem. Za dodatkową kromkę chleba i porcję kawy, większość zgłaszała się do roboty, ja natomiast zdecydowanie przygotowałem się do ucieczki z obozu. Nie pamiętam daty, kiedy udało mi się uciec wraz z bratem spotkanym jeszcze w Bzuminie. Szliśmy przeważnie nocą, w dzień zaszyci w kopie siana odsypialiśmy noc. Naturalnie musieliśmy się w drodze czymś żywić, i tu bardzo nam pomogła znajomość z płatnikiem, nie pamiętam, z jakiego pułku, który chciał się jak najprędzej pozbyć państwowych pieniędzy, w zamian za podpisany rewers. Zaopatrzeni w gotówkę mogliśmy opłacać przewodnika -przemytnika, który (daty nie pamiętam), przeprowadził nas przez granicę w rejonie Rawy Ruskiej. Szokujące wrażenie wywarli na nas żołnierze sowieccy z oddziałów straży granicznej. Ubrani w poszarpane, nie obrębiane płaszcze w czarnych owijaczach na nogach, rzadko który miał skórzane buty. Na głowie tzw. budionówki, karabiny, jeśli nie na sznurku, to w najlepszym razie na parcianych pasach. Jeździli na konikach niskich, podobnych do naszych huculskich, na oklep, bez siodeł, strzemion, zresztą w większości, gdyby nie zgięte w kolanach nogi, zawadzali by nimi o ziemię.

Rawa Ruska okazała się dla nas niegościnna. Mieliśmy na sobie mundury, jakaś usłużna Żydówka doniosła na posterunek milicji, aresztowano nas i osadzono w jakiejś szopie, gdzie było już sporo takich jak my uciekinierów, przemytników - tych, których złapano bezpośrednio na przekraczaniu granicy. Milicjantem, który nas pilnował był jakiś młody Żyd w cywilnym ubraniu z czerwoną opaską na rękawie i czerwoną kokardą przy kaszkiecie. Postawiono go pilnować wrót do szopy, a z przeciwnej strony przez rozsunięte deski w ścianie bez trudu wieczorem uciekliśmy. Mimo, że do Lwowa było już blisko, postanowiliśmy tylko oddalić się od granicy, zaszyć się na noc, i na następny dzień przystąpić do ostatniego etapu wędrówki do Lwowa, który chcieliśmy pokonać w ciągu jednej nocy, co zresztą nam się udało. Nie pamiętam daty, ale musiał to już być chyba koniec listopada, bo o godz. 6 rano było jeszcze ciemno, a właśnie o tej godzinie spotkaliśmy naszą mamę, która spieszyła do kościoła S.S. Sakramentek na pierwszą mszę świętą.

Wielką radość w domu z powodu szczęśliwego powrotu dwóch synów z wojny, przyćmił brak wiadomości o najstarszym bracie, o którym już dowiedziałem się w Warszawie, że nie został jako oficer 5 p sp zmobilizowany, gdyż w składzie razem z Komisariatem Rządu, został ewakuowany na Wołyń. Obawialiśmy się, że gdyby wrócił do Lwowa, groziła by mu denuncjacja, jako pracownikowi Referatu Bezpieczeństwa w Starostwie Grodzkim. Dopiero w czasie okupacji niemieckiej dowiedzieliśmy się, że wrócił szczęśliwie i zaszył się na prowincji u rodziny żony. Pierwsze dnie po powrocie odsypiałem potężne zaległości snu, ale gdy powieki same nie chciały się podnosić, skierowano mnie na leczenie w klinice neurologicznej szpitala powszechnego. Mój pobyt tam nie trwał długo, gdyż NKWD poszukiwało w szpitalach oficerów uchylających się od obowiązku rejestracji, o którym zwiastowały gęsto na mieście rozwieszone czerwone plakaty. Część z oficerów i tych, którzy się zarejestrowali i wielu rannych, których złapano w szpitalach i rewizjach po domach, jeszcze przed końcem roku wywieziono na Sybir. W naszym domu poszukiwano przede wszystkim brata, ale również pytano o mnie, tak że po ucieczce ze szpitala nie wróciłem do domu. Musiałem się ukrywać. Z tym ukrywaniem się w moim wypadku dość humorystycznie to wyglądało, w dzień przeważnie przebywałem w mieszkaniach znajomych (między innymi u swego profesora z gimnazjum H.Sartowskiego, który sam się ukrywał jako oficer rezerwy naszego pułku, oraz działacz legionowy), w nocy kiedy najczęściej przeprowadzano kontrole po domach, stałem w tak zwanych kolejkach, równocześnie w wielu, pod sklepami, w których dopiero rano odbywała się sprzedaż jakiegokolwiek towaru. Kupowało się wszystko co "dawali" - bo każdy towar był przedmiotem wymiany na żywność, o którą było bardzo trudno.




Pan Stanisław Adamski urodził się 15 grudnia 1916 roku w patriotycznej rodzinie Państwa Kruczkowskich, oddanej służbie Polsce we Włodzimierzu Wołyńskim. Nazwisko Adamski, działając w konspiracji przybrał w 1944 roku. Inne nazwiska używane w konspiracji to: Stanisław Janowski, Stanisław Zalewski, Jan Kruk i inne. Pseudonimy używane w latach 1939-1945: "Karol", "Korwin", "Radogost". Gimnazjum nr X skończył we Lwowie, jak sam twierdził, mieście "znanym ze swego patriotyzmu i państwowotwórczego nastawienia". Od 1938 roku, jako ochotnik służby wojskowej na dywizyjnym kursie podchorążych piechoty, który ukończył w stopniu kaprala podchorążego. We wrześniu 1939 roku wraz z 40 Pułkiem Piechoty „Dzieci Lwowskich" bronił Warszawy, aresztowany przez Niemców przebywał w różnych obozach jenieckich. Po ucieczce z obozu, przez „zieloną granicę" trafiając do Lwowa, wpadł w ręce sowietów. Też potrafił uciec. W grudniu 1939 roku, w szpitalu wprowadzony do Związku Walki Zbrojnej. W okresie "Burzy" pełnił służbę w budynku VI gimnazjum na Łyczakowie, kilkakrotnie aresztowany przez sowietów, potrafił każdą niewolę znieść z godnością. Pogodził się z zakazem wyjazdu ("repatriacji") do Polski w granicach przeznaczonych przez układ jałtański; umiał podjąć pracę zarobkową, być szanowanym i lubianym przez otoczenie, awansować.

(…)Stanisław Adamski (…), 20 maja 1993 roku został po raz drugi za swe zasługi odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi dla Rzeczypospolitej Polski, odznaczenie wręczone przez Prezydenta Lecha Wałęsę w trakcie jego pobytu we Lwowie. Pierwszego odznaczenia przyznanego podczas wojny nigdy nie odebrał, przez długi czas nic o nim nawet nie wiedział.

Stanisław Adamski odszedł 9 listopada 1999r. Pochowany został na Cmentarzu Łyczakowskim w rodzinnym grobowcu Kruczkowskich. Najwyższy rangą z pozostałych we Lwowie żołnierzy - kapitan Adamski przekazał nam swoje przesłanie wierności i oddania "Tej, co nie zginęła"...

Bożena Rafalska



Źródło:
- Całość w miesięczniku "Lwowskie spotkania" (2004 r)
na http://www.lwow.com.pl/spotkania/adamski.html .